Wiesław Wernic
„Legenda i prawda o Czerwonoskórych”
„Tygodnik Demokratyczny” nr 2 (1023)
14 stycznia 1973



    Miejsce: Fort Quitman w Arizonie (południowy zachód Stanów Zjednoczonych). Data: niezbyt dokładna, koniec zimy 1886 roku.
Na główny plac fortu wpada dyliżans ciągniony przez spłoszone konie. Nie zatrzymuje się przed budynkiem stacji pocztowej, lecz toczy się wzdłuż palisady fortyfikacji. Jeden z żołnierzy fortu podbiega, chwyta cugowe przy pyskach i wleczony przez nie zatrzymuje wreszcie pojazd. Oczekuje podziękowań od woźnicy i pasażerów, ale ich nie otrzymuje. Woźnica i pasażerowie są martwi. Ich ciała przygwożdżono pękami strzał do oparć i siedzeń. Na tylnych kołach pojazdu – zmasakrowane zwłoki dwu mężczyzn w wojskowych mundurach, przywiązane do szprych.
    Sprawa wyjaśniła się dość szybko: Geronimo (Go-ja-tle), przywódca grupy Indian Czirikaua, narodu Apaczów, po raz trzeci uciekł z rezerwatu (w San Carlos) wraz z dwudziestoma wojownikami, trzynastoma kobietami i sześciorgiem dzieci. Napad na dyliżans był jego dziełem.
    Wspominam o tym zdarzeniu ponieważ, jak wykazały następne lata, zapoczątkowało ono ostateczny koniec walk toczonych przez stulecia na kontynencie Północnej Ameryki. Masakra ujawniona w Forcie Quitman była jednym z wielu czynów odwetowych Geronimo: zemsta na „białych” za wymordowanie przed laty przez oddziały meksykańskiego generała Carasco ludności wioski indiańskiej. Zginęła wówczas matka Geronimo, jego żona i troje jego dzieci. Dlatego właśnie w okresie 1858-1873 Geronimo corocznie organizował zbrojne wyprawy w głąb Meksyku, w jednej z nich zdobył pewne miasteczko, burząc je i zabijając wszystkich mieszkańców. Trzykrotnie chwytany przez wojsko i osadzany w rezerwatach na terenie Stanów, trzykrotnie uciekał. Dopiero za czwartym razem (po napadzie na dyliżans, a następnie wymordowaniu rodziny farmerskiej w rejonie Santa Cruz) po trzech miesiącach pościgu przez kawalerię amerykańską, w sierpniu 1886 roku Geronimo zgodził się poddać. Został przewieziony ze swą grupą wojowników na Florydę, stamtąd do Alabamy i ostatecznie umieszczony w Forcie Still w Oklahomie. Zmarł tam w 1909 roku, w wieku 80 lat.
    W czasie toczonej przez niego wojny podjazdowej zginęło 600 „bladych twarzy”. „Biały”, który by popełnił chociaż jeden procent takich zabójstw, zostałby przez sądy wielokrotnie skazany na karę śmierci.
    Wspominam o tym nie tylko dla przypomnienia stosunkowo mało w Polsce znanego epizodu walk Dzikiego Zachodu, lecz również dla podkreślenia, iż w dziejach tych walk nie zawsze krwawy odwet wywoływał odwet jeszcze krwawszy. A na ten temat wypisano u nas sporo bałamutnych informacji. Raczej: pseudoinformacji. Niekiedy wydaje się, iż ich autorzy czerpali swą wiedzę wyłącznie z „Pięcioksiągu Sokolego Oka” – Jakuba Fenimore Cooper,a lub z powieści-fantazji Karola May’a! Z rzetelną informacją prasową na ten temat spotkałem się raz jeden. Zamieścił ją biuletyn PAP z lutego 1970 roku. Było to tłumaczenie małego fragmentu (ciekawe co opuszczono?) artykułu amerykańskiego tygodnika „Time” (z 9 lutego 1970 roku), który omawiał sytuację Indian w Stanach Zjednoczonych. Nie zauważyłem jednak żadnego przedruku tej obszernej notatki. Widać burzyła „ustalone” w tej sprawie poglądy. Z książkami naukowymi i popularnonaukowymi również nie jest zbyt dobrze. W okresie powojennym doliczyłem się zaledwie trzech autorów polskich i trzech tłumaczeń (z niemieckiego, angielskiego i włoskiego), i to w minimalnych nakładach. Jeśli więc ktoś pragnie poświęcić nieco czasu na zainteresowanie się „indianistyką”, będzie musiał udać się do biblioteki, w księgarniach takich książek już nie znajdzie. Na tle niedostatku źródeł rzetelnej wiedzy urodziły się i utrwaliły stwierdzenia nie znajdujące uzasadnienia w dziejach plemion indiańskich, zamieszkujących terytorium Północnej Ameryki. Nie sposób wymienić (z braku miejsca) wszystkich tego typu stwierdzeń. Ograniczę się do czterech najważniejszych. Po pierwsze: niesłuszne uproszczenia sugerują czytelnikom istnienie jednego narodu Indian. Nie jest to prawdą.
    Po drugie: Indianie północnoamerykańscy wymierają. Ta „prawda”, powtarzana co pewien czas, wywodzi się z przewidywań...Karola May’a!
    Po trzecie: rezerwaty Indian w USA i Kanadzie są po dziś dzień formą dyskryminacji i stanowią narzędzie wyniszczania „czerwonoskórych” w przeciwieństwie np. do Meksyku, w którym Indianie korzystają z nieograniczonej wolności. Nic bardziej dalekiego od rzeczywistości!
    Po czwarte: nigdy żaden z przedstawicieli plemion indiańskich nie osiągnął w społeczeństwie „białych” znaczącej pozycji społecznej lub godności funkcjonariusza państwowego wysokiego szczebla. I to – nieprawda.


Niejeden naród

    Indianie przybyli do Ameryki z Azji, poprzez Cieśninę Beringa. Kiedy? Opinie są dość rozbieżne. Niektórzy naukowcy twierdzą, iż stało się to przed 3 tysiącami lat, inni, że przed...20 tysiącami! Jedno jest pewne – Indianie napływali ze starego na nowy ląd przez bardzo długi okres czasu, stopniowo. Kolejno poszczególne zbiorowiska przybyszów spychane były z północy ku południowi. W wyniku tej potężnej wędrówki ludów zasiedlone zostały obie Ameryki, od Alaski po przylądek Horn.
    W Ameryce Północnej (a o niej tylko będzie mowa) osiedliły się cztery różniące się językowo, kulturalnie i gospodarczo grupy przybyszów z Azji.
    Pierwsza, której później nadano ogólną nazwę Indian prerii, utrzymywała się wyłącznie z myślistwa, głównie z polowania na bizony. Ci właśnie wojownicy zdołali oswoić zdziczałe konie (mustangi), które uciekły hiszpańskim konkwistadorom. Do tej pierwszej grupy należą Sjuksowie (Dakoci, bo to właśnie jest nazwa poprawna), Czarne Stopy, Arapahowie, Czejenowie i Apacze.
    Grupa druga – osiadła na wschodnich obszarach A.P. – to Indianie leśni. Kulturalnie zawsze górowali nad Indianami prerii, poza myślistwem uprawiali nieco ziemi. To od nich biali osadnicy nauczyli się uprawy kukurydzy. Jednak gdy gleba jałowiała – całe plemiona przenosiły się na bardziej żyzne ziemie. Do tej grupy zalicza się: Kriksów, Czikasów, Czirokezów, Czoktawów, Seminoli.
    Grupa trzecia – to zamieszkali po dziś dzień na południowym zachodzie A.P. – Indianie Pueblo, czyli „miasteczkowi” („Pueblo” po hiszpańsku oznacza „miasteczko”). Ich główną podstawą utrzymania było rolnictwo.
    Czwartą grupę stanowi ludność tubylcza (prawie 50 różnych plemion!) zamieszkująca Kanadę i Alaskę, znana pod ogólną nazwą Eskimosów. Kilka odłamów tej grupy zamieszkuje również wybrzeża Pacyfiku. O dziwo – plemię Nawajów należące do tej samej grupy zawędrowało aż na południe A.P. (Arizona, Nowy Meksyk).
    Nie wymieniłem nazw wszystkich plemion, żyje ich w tej chwili na ziemiach Ameryki Północnej przeszło trzysta! Odrębności językowe, gospodarcze, kulturalne są tak znaczne, iż plemiona te wolno nazwać narodami, często wrogimi sobie. Przez stulecia ta wzajemna wrogość była wykorzystywana przez „białych”.


Nie wymierają

    Ludność autochtoniczną AP w roku 1492 (roku odkryć Krzysztofa Kolumba) szacuje się dziś na 1 do 3 milionów. Rozpiętość olbrzymia. W roku 1860 (według spisu) liczba Indian północnoamerykańskich sięgała zaledwie 340 tysięcy. W początkach XX wieku spadła do 220 tysięcy. Wtedy wydawało się, iż spełni się „proroctwo” Karola May’a. Jednak spis ludności Stanów Zjednoczonych wykazał w roku 1930 aż 332.397 Indian, a podobny spis przeprowadzony w dziesięć lat później, już – 523.591. Ostatnie dane (rok 1970) – to 792,7 tysięcy ludności autochtonicznej, zamieszkującej tereny Stanów Zjednoczonych AP. Obecna liczba urodzeń wśród Indian jest 2,5 raza wyższa niż wśród białej ludności Stanów, a olbrzymia większość Indian północnoamerykańskich należy do grupy wieku poniżej 20 lat. Jak do tego doszło?
    W pierwszej fazie (malenia liczby Indian) – na kształtowanie się sytuacji demograficznej „czerwonoskórych” oddziaływały samobójczo wzajemne walki międzyplemienne. Jako przykład – prawie całkowite wyniszczenie plemienia Huronów przez Irokezów. Ofiary były coraz krwawsze w miarę jak Indianie uzyskiwali od „białych” sprawniej od łuków i oszczepów działającą broń palną.
Przyczyna druga – militarny i ekonomiczny napór ludności białej, zwłaszcza z momentem rozpoczęcia „wędrówki ludów” ze wschodu na zachód kontynentu, co odbywało się wśród permanentnej walki podjazdowej między „białymi” i „czerwonymi”. Udział Indian, częściowo po stronie osadników, częściowo po stronie wojsk angielskich w wojnie niepodległościowej, podobny udział w wojnie Anglików z kanadyjskimi Francuzami, podobny udział w wojnie Południa z Północą – oto dodatkowe elementy wyniszczające.
Poza tym – w skrócie – malenie liczby zwierzyny(wybijanej masowo przez „białych”), utrata najurodzajniejszych terenów, plaga nieznanych, przyniesionych przez „białych” chorób – ospy i gruźlicy. Plaga alkoholizmu, wspierana przez handlarzy skupujących futra za wódkę.
    W fazie drugiej (stopniowy wzrost liczby Indian) występują elementy poprawy warunków materialnych wielu plemion indiańskich, poprawa warunków higieny, co pozostaje w związku z bardziej realną pomocą materialną ze strony władz kraju, ze wzrastaniem własnych źródeł dochodu Indian.
    A jaką rolę odgrywały i odgrywają rezerwaty?


Zabezpieczenie czy wyniszczenie?

    Rezerwaty, powstałe w połowie XIX wieku w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, były – jak wiadomo – zasadniczym ograniczeniem prawa ludności tubylczej do poruszania się (i polowania) na terenie całego kraju. Narody indiańskie zamknięte w rezerwatach miały co prawda zagwarantowaną opiekę i pomoc ze strony władz państwa (w USA powstało Biuro do Spraw Indian ze swymi licznymi agendami), lecz w praktyce przedstawiciele tego państwa, stykający się bezpośrednio z ludnością autochtoniczną – agencje i agenci Biura do Spraw Indian – w znakomitej większości uprawiali handel na własny rachunek – po prostu sprzedawali żywność, odzież, derki itd. itp. przeznaczone dla Indian, w zamian za to dostarczając im dziurawe derki, zepsutą żywność i stare łachy. Gorzej – wbrew ostrym zakazom dostarczali do rezerwatów alkohol, wymieniając go na skóry futerkowych zwierząt. Narody indiańskie przez stulecia doznały od „białych” wielu upokorzeń, poniosły wiele klęsk, przecierpiały wiele zbrodni, ale to, co się działo w pierwszych dziesiątkach lat istnienia rezerwatów zaliczyć należy do największej hańby „białego człowieka”.
    Jednak rezerwaty będące niegdyś formą wyniszczania ludności autochtonicznej, dziś nią być przestały. Nie tylko dlatego, iż każdy Indianin ma prawo opuścić rezerwat i udać się gdziekolwiek zapragnie. Przyczyny zmiany są głębsze i szersze.
    Przede wszystkim zmienił się sam charakter rezerwatów. Tu warto wyjaśnić, iż rezerwat – wbrew temu, co wielu na ten temat sądzi – nie był nigdy i nie jest jakąś malutką przestrzenią, na której stłoczono indiańskie plemiona. Obszar dzisiejszych rezerwatów w USA wynosi ponad 55 milionów akrów, co równa się 222.585 kilometrom kwadratowym, co prawie dorównuje łącznej powierzchni sześciu krajów europejskich: Austrii, Belgii, Danii, Holandii, Luksemburga i Szwajcarii, zamieszkałej przez prawie 42 miliony ludzi. A rezerwaty zamieszkuje nieco więcej niż pół miliona Indian. Nie w tym więc rzecz, ale w tym, iż Indianom przyznano ziemie najbardziej jałowe, bezwodne, o słabym zadrzewieniu i nielicznej zwierzynie – stanowiącej przez wieki podstawę utrzymania większości „czerwonoskórych”.
    W wyniku pewnego dostosowania się ludności indiańskiej do innych niż przed wiekami warunków życia, a zwłaszcza pod wpływem doświadczeń nabytych w ciągu stuleci zmagania się z naporem „białych”, nastąpiły głębokie zmiany ekonomiczne ludności autochtonicznej. Najbardziej jaskrawym przykładem są współczesne dzieje plemienia Nawajów, największego liczebnie z indiańskich narodów. Rezerwaty Nawajów leżą na terytorium trzech stanów: Arizony, Nowego Meksyku i Utah. Łączna ich powierzchnia wynosi 16 milionów akrów, czyli 64.752 kilometry kwadratowe – obszar półtora raza większy od powierzchni Holandii, zamieszkiwany przez 85 tysięcy osób. Była to prawie pustynia najeżona skałami, z wysychającymi latem strumieniami. Nawajowie wiedli nędzny żywot, zamieszkując ziemianki lub prymitywne szałasy. W efekcie – olbrzymia śmiertelność, zwłaszcza wśród dzieci. I oto nastąpiły niespodziewane wydarzenia. Pierwsze: w roku 1950 Kongres Amerykański przyznał 88 milionów dolarów na zagospodarowanie tych terenów. Poczęto budować drogi i szkoły dla młodzieży indiańskiej, zorganizowano służbę zdrowia. Drugie: w rezerwacie Nawajów odkryto ropę naftową. Rada plemienna, idąc za poradą adwokatów, podpisała umowy dzierżawne z firmami naftowymi. Z tytułu eksploatacji ropy Nawajowie tylko w 1953 roku otrzymali ok. 50 milionów dolarów. Dodatkowo, za prawo poszukiwania ropy, firmy płacą Nawajom 2 miliony dolarów rocznie. W roku 1954 odkryto na tych terenach również pokłady uranu. Za prawo prowadzenia badań złóż Nawajowie otrzymują 800 tysięcy dolarów rocznie.
    Otrzymywanych funduszów Nawajowie nie dzielą między członków plemienia. Funduszami zarządza rada plemienna. Dzięki temu zbudowano na terenie rezerwatów 50 nowoczesnych szkół, wywiercono setki artezyjskich studzien, wzniesiono nowoczesny budynek szpitala w Fort Defiance. Równocześnie rada plemienia wytypowała 174 uczniów do dalszego kształcenia się na wyższych uczelniach, przyznając im stypendia pod warunkiem powrotu do rezerwatu. Równocześnie otwarto specjalne kursy nauki rzemiosła i wysłano 2.970 Indian do fabryk, dostarczając im środków do zagospodarowania się w miastach. W roku 1958 rada plemienna wyasygnowała 3 miliony dolarów na szkolenie Nawajów na górników i innych wykwalifikowanych robotników. W ciągu jednego zaledwie roku nawodniono cztery tysiące akrów ziemi i wzniesiono sto budynków gospodarczych. Wysłanie młodzieży Nawajów do średnich i wyższych szkół „białych” było pierwszym na taką skalę realizowanym projektem mającym na celu zwiększenie szans życiowych „czerwonoskórych” we współzawodnictwie z „bladymi twarzami”. Do tego momentu Indianie odnosili się niechętnie, a nawet wrogo do nauki „białych”, uznając, iż jest ona dla nich całkowicie zbędna oraz że stanowi element wynaradawiający.
    Rzecz jasna, iż sytuacja ekonomiczna Nawajów jest wyjątkowa. Jak wyjątkowa jest sytuacja kilku innych plemion zamieszkujących rezerwaty, w których odkryto pokłady węgla, rud metali lub ropy. Jednak i tam, gdzie ziemia nie kryje w swym łonie skarbów, a gdzie krajobraz jest malowniczy, niektóre plemiona, podpatrzywszy zwyczaje „bladych twarzy”, zorganizowały ośrodki turystyczne, campingi i motele i czerpią z tego przedsięwzięcia niemałe dochody. Jak z powyższego wynika, mentalność i stosunek Indian do „białych” uległy pewnej zmianie, jednak nie należy sądzić, aby ta zmiana sięgnąć mogła dalej, do granic asymilacji. Do tego nigdy nie dojdzie. „Światopogląd” (jeśli tak sprawę wolno określić) „czerwonych” narodów jest tak odmienny, przepaść dzieląca w tej materii „czerwonych” od „białych” tak głęboka, że nie da się nigdy wyrównać, co najwyżej nieco spłycić.
    Ronnie Lupe – wódz odłamu Apaczów z Białych Gór – tak ujął ten problem: „Wiemy, co może nam dać biały człowiek. Są pewne korzystne elementy w waszej kulturze materialnej – macie wygodne domy i mieszkania, dobre samochody, dobrą pracę. Musi jednak istnieć jakiś sposób zdobycia tego wszystkiego przy jednoczesnym utrzymaniu naszej odrębności i powinniśmy ten sposób znaleźć.”
Przytaczam to oświadczenie (za tygodnikiem „Time” z 9 lutego 1970 roku) ponieważ wśród pewnych grup społeczności USA, i to grup o społecznie postępowych przekonaniach, odzywają się głosy domagające się zniesienia hańby rezerwatów. Gdyby te głosy miały stać się faktem – w wyniku takiego tragicznego nieporozumienia doszłoby do całkowitego wyniszczenia Indian północnoamerykańskich. Rezerwat – ongiś narzędzie narodowościowego ucisku, dziś stał się tarczą chroniącą indiańską kulturę, indiańskie obyczaje, indiańskie przekazy historyczne, indiańską sztukę ludową. Oto dlaczego dzisiejsi mieszkańcy rezerwatów gorąco protestują przeciw likwidacji granic obszarów, które gwarantują im bytowanie w warunkach najbardziej odpowiadających psychice i obyczajom „czerwonoskórego” wojownika. Rezerwaty są gwarancją utrzymania indiańskiej odrębności. A jeśli ktoś uważa, iż tylko rezerwaty są elementem dyskryminacji, a ich zniesienie niejako automatycznie polepsza warunki życiowe mieszkańców tych rezerwatów, niech się zapozna z jakże aktualną treścią książki napisanej przez Meksykanina – Fernando Benitez – p. „Indianie z Meksyku” (tłumaczenie w wydaniu PIW, Warszawa 1972 r.). Dowie się wówczas iż wolni Indianie Meksyku podlegają od setek lat trwającej eksterminacji i uciskowi ekonomicznemu w stopniu niespotykanym w historii Północnej Ameryki! I to dzieje się w kraju, którego bohaterem narodowym jest Benito Juarez – Indianin!
    Faktem jest, iż ok. 200 tysięcy Indian mieszka i pracuje dziś w miastach USA. Ale również faktem jest, iż większość z nich co pewien czas wraca do rezerwatów, które uważają za swoją ojczyznę. W miastach czują się całkowicie wyobcowani, słabi i zdani na łaskę-niełaskę niepojętych dla nich poczynań „bladych twarzy”.


A awans społeczny?

    Dyskryminacja społeczna Indian północnoamerykańskich na pewno nie była wymysłem. Była najbardziej wymownym faktem polityki wielu rządów Waszyngtonu. Polityki prowadzonej wbrew protestom znacznej części amerykańskiego narodu. Tej dyskryminacji sprzyjał na pewno fakt niemożności przystosowania się Indian do kultury „białych”, co z kolei pozbawiało „czerwonoskórych” jakichkolwiek szans w walce o własne prawa, o równouprawnienie. Z biegiem lat sytuacja taka ulegała ewolucji. I dlatego nie można dziś twierdzić, Iż Indianin nie ma żadnych szans osiągnięcia w społeczeństwie północnoamerykańskim znaczącej pozycji społecznej.
    W 1887 roku wydany został w USA tzw. Dawes Act, nadający Indianom obywatelstwo amerykańskie, lecz bez prawa wydalania się poza granice rezerwatów. Inny akt prawny, wydany w roku 1924, zrównał Indian we wszystkich prawach z resztą obywateli, a więc zniósł izolację mieszkańców rezerwatów.
    A teraz: Charles Curtis, wiceprezydent USA w 1928 roku, był Indianinem. Generał Clarence Tinker – reorganizator amerykańskich sił lotniczych po ataku japońskim na Pearl Harbour – to również Indianin. William W. Keeler - wiceprezes wielkiej spółki naftowej jest wodzem plemienia Czirokezów. Szefem Biura do Spraw Indian w latach 1966-69 był Robert Bennet z plemienia Oneida. Po nim tę wcale niemałą funkcję objął Luis Bruce z plemienia Mohawk. To dzięki niemu właśnie wielki, federalny aparat urzędniczy popiera ideę zachowania „integralności Indian”, zachowania rezerwatów jako wyłącznej, wspólnej własności plemion, zapewniającej im odrębność narodową (w sensie wielu indiańskich narodów).
    Sporo Indian mieszkających w miastach posiada wyższe wykształcenie: są prawnikami, lekarzami, inżynierami, wykładowcami wyższych uczelni. To prawda, iż w stosunku do ogółu jest ich niewielki procent, ale jest to procent wzrastający w miarę podnoszenia się poziomu wykształcenia wśród Indian. Mieszane małżeństwa nie należą już do rzadkości, a posiadanie wśród swych przodków Indianina czy Indianki dziś jest powodem dumy snobizujących się kręgów amerykańskiego społeczeństwa. Zabawne, a przecież charakterystyczne.


*

    Starałem się w wielkim skrócie pokazać dawne, a przede wszystkim obecne problemy Indian północnoamerykańskich. Sprostować pewne nieprawdy, siłą tradycji zaciemniające w naszej świadomości aktualny stan rzeczy. Tematu nie wyczerpałem, na to trzeba by książki, jakiej – niestety – na polskim rynku wydawniczym do tej pory znaleźć nie można. Polscy autorzy zajmowali się co prawda (bardzo rzadko) fragmentami historii Indian północnoamerykańskich, ale żaden z nich nie zdobył się na napisanie na ten temat wyczerpującej monografii.
    Wreszcie – co warto zauważyć, iż legenda Dzikiego Zachodu w sposób nieoczekiwany przypomniała o swej żywotności w roku 1933. Otóż w roku 1933 grupa wojowników plemienia Apaczów rozbiła oddział meksykańskich żołnierzy wypadłszy z górskich zakamarków Sierra Madre. Dowódcą Apaczów był...Geronimo, bratanek słynnego Geronimo, o którym wspomniałem na wstępie.
Po napadzie wojownicy Apaczów schronili się w górach i nikt nigdy już nie natrafił na ich ślad.