Wiesław Wernic
„Legenda i prawda westernu”
„Tygodnik Demokratyczny” nr 7 (1028)
18 luty 1973



    Wstęp „Tygodnika Demokratycznego: Autor artykułu jest autorem siedmiu powieści westernowych, napisanych w latach 1965-1972: „Tropy wiodą przez prerię”, „Szeryf z Fort Benton”, „Słońce Arizony”, „Colorado”, „Płomień w Oklahomie”, „Łapacz z Sacramento” i „Człowiek z Montany”. Łączny nakład tych książek wyniósł 740 tysięcy egzemplarzy, z czego 130 tysięcy egzemplarzy ukazało się w przekładach na język niemiecki, czeski i słowacki. W plebiscycie czytelników „Głosu Pracy”, przeprowadzonym pod hasłem „Bliżej książki współczesnej” (z końcem ub. roku), Wiesław Wernic uzyskał za swą powieść „Człowiek z Montany” 11.640 głosów, zajmując w dziale literatury dla młodzieży trzecie miejsce po Arkadym Fiedlerze („Piękna straszna Amazonia” – 12.469 głosów).

    Narodził się w drugiej połowie ubiegłego wieku, po roku 1865 – a więc po zakończeniu wojny Południa z Północą. Jego kolebką były bezmierne i słabo zaludnione przestrzenie ciągnące się na zachód od doliny Missisipi, przez stulecia stanowiącej granice zwartego osadnictwa białych kolonistów w Północnej Ameryce. Western – najpierw jako ustny przekaz, jako ballada śpiewana lub opowiadana przy obozowym ognisku – wywiódł się z tradycji ludowych, jak u nas z tych tradycji wywodzą się opowieści o tatrzańskich zbójnikach. Dla narodzin westernu potrzebny był odpowiedni klimat: odpowiedni ludzie, odpowiednia przyroda, odpowiedni układ stosunków społecznych. Potrzebna była wreszcie wielka wędrówka ku Dalekiemu Zachodowi mas ludzkich, liczących setki tysięcy, jaka zapoczątkowana została w takiej skali po roku 1865 a trwała aż po koniec XIX wieku, w sporadycznych wypadkach – nawet dłużej.
    A.Charles i Mary E.Beard na kartach swej książki pt. „Rozwój cywilizacji amerykańskiej” (Tłumaczenie polskie nakładem PWN, Warszawa 1961 r.) potrafili w jednym znakomitym skrócie ukazać obraz, na tle którego narodził się western. Nie wymyślę nic lepszego, więc przytaczam fragment wymienionego tekstu. „Niezliczona ilość czynników złożyła się na to, by Daleki Zachód zajął szczególne miejsce w kronikach amerykańskiej kultury. Majestatyczne piękno jego położenia i charakter tutejszego osadnictwa zadziwiająco kontrastowały ze stosunkowo jednostajnym obrazem wsi i miast na Północnym Wschodzie z nużącą monotonią Środkowego Zachodu i plantacji Południa. Już sam ogrom tych przestrzeni i fantastyczne kształty rozpalały ludzkie myśli, słowa i czyny. Lawina pędząca do kopalń, do bogatych, żyznych gruntów i do fantastycznie bujnych drzewostanów utworzyła różne grupy społeczne, w niczym nie przypominające tego społeczeństwa, które powstało na szlakach pochodu do doliny Missisipi. Z tego wszystkiego rodził się nowy styl życia. Na ogromnych przestrzeniach, gdzie gęstość zaludnienia była niewielka, a więzów prawa właściwie nie odczuwano, swobodnie mogły się przejawiać prymitywne, anarchiczne instynkty poszukiwaczy przygód; codziennie urozmaicały życie strzelaniny, rabunki i morderstwa. Rozpętana przez poszukiwaczy bogactw i odkrywców złóż spekulacja, fortuny powstałe w oka mgnieniu dzięki przyspieszonemu podziałowi gruntów federalnych, budowie linii kolejowych i odkryciu nowych skarbów mineralnych, wszystkie te nie mające precedensu zjawiska wstrząsnęły całym kontynentem wzdłuż i wszerz. Działalność, dynamika i sukces uważane za charakterystyczne dla życia na „Dzikim Zachodzie” stały się w oczach ludzi tęskniących do niezwykłych przygód symbolem całej Ameryki.”


Kim byli

    Wędrówka na Zachód spowodowana była przede wszystkim czynnikami ekonomicznymi – niedostatkiem lub jałowieniem gruntów rolnych na najstarszych terenach osadnictwa białych, na ziemiach tzw. Nowej Anglii (dziś obszar sześciu stanów północno – wschodnich na wybrzeżu Atlantyku: Maine, New Hampshire, Vermont, Massachusetts, Rhode Island i Connecticut – skolonizowanych przez Anglików już w XVII wieku). W konsekwencji – większość udającą się na zachód stanowili rolnicy, tworząc tak charakterystyczny dla prerii obraz karawan: krytych budami wozów, koni, bydła, psów. Ale razem, czy też obok farmerskich rodzin i farmerskiego dobytku, udawali się na Dziki Zachód ludzie szukający przygód, pragnący szybko dorobić się: byli żołnierze rozbitej armii konfederatów południa; poszukiwani przez władze sądowe przestępcy wschodnich stanów – nieroby, włóczęgi, złodzieje.
    Oddzielną grupę stanowili pasterze bydła z Teksasu – kowboje, których barwne sylwetki nierozłącznie związały się z historią Dzikiego Zachodu tak jak w okresie późniejszym związał się z pejzażem Zachodu szeryf czy marschal (marschal to także szeryf, ale nie obrany przez mieszkańców miasteczka, lecz mianowany przez władze federalne). Na koniec – rzecz nie najbłahsza – Dziki Zachód to również, a

Dodge City – miasteczko w stanie Kansas, nad rzeką Arkansas – końcowy etap wędrówki stad bydła pędzonych z południa, opisywane wielokrotnie na kartach westernów. Tak wyglądało w roku 1870, w którym dokonano tego zdjęcia.

 w początkowych okresach jego zasiedlania przede wszystkim, bitne narody Indian, bądź układające się z „białymi”, bądź też toczące nieprzerwaną wojnę podjazdową z inwazją przybyszów ze Wschodu.
    Przedstawiciele tych wszystkich grup przeszli do historii, przeszli również do legendy, do ludowych opowieści – które później objęte zostały wspólną nazwą „westernu”. Jak bardzo ta legenda zrastała się w poszczególnych latach z rzeczywistością świadczy fakt, iż gdy ukazały się pierwsze książki o tematyce wziętej z Dzikiego Zachodu, w których opisywano autentycznych bohaterów (w dodatnim i ujemnym społecznie sensie) nadając im najczęściej przezwiska (a niekiedy nazwiska), z których znani byli na dzikim Zachodzie – do jednej i tej samej postaci przyznawały się dziesiątki „weteranów” zachodu, twierdząc, że to właśnie ich przygody autor wziął za kanwę swej książki.
    Żeby wyczerpać bez reszty wyliczanie grup charakterystycznych dla Dzikiego Zachodu, trzeba by jeszcze wymienić poszukiwaczy złota – przeważnie górników, ale nie tylko oraz pewną, nieliczną już i malejącą grupę traperów polujących na futerkową zwierzynę i wędrownych handlarzy skupujących takie same skórki od Indian.


Narodziny

    Powieść typu „western” (jak to dziś określa krytyka literacka) narodziła się z początkiem XX wieku. Jej poprzedniczkami były opowieści o walkach białych z czerwonoskórymi, jak np. „Pięcioksiąg Sokolego Oka” (Jakub Fenimore Cooper) czy też ponad 3 tysiące powieści opublikowanych w Stanach w okresie 1860-1898 r., określanych popularnym mianem „powieści dziesięciocentowych”. Ich akcja rozgrywa się w większości na zachód od doliny Missisipi, jednak nie są one westernami tak, jak nie są westernami powszechnie znane powieści Karola May’a. Dlaczego? I co to właściwie jest literacka konwencja westernu?
    Pierwsza powieść, którą krytyka zaliczyła do gatunku westernu wyszła spod pióra Owen Wister’a. Jej tytuł: „Wirgińczyk, jeździec z równin” (tytuł oryginału: „The Virginian – a horseman of the plains”). Ta pierwsza książka Wister’a ukazała się w roku 1902. Przez sześć kolejnych lat była bestsellerem księgarskiego rynku, ale i później cieszyła się dużym powodzeniem. W jednym 1911 roku doczekała się 39 wydań. W roku 1938 sprzedano jej w Stanach ponad pół miliona egzemplarzy. „Wirgińczyk” doczekał się tłumaczeń na obce języki (na polski również), przeróbki scenicznej i kilku wersji filmowych. Kim był autor?
    Owen Wister (1860-1938 r.) urodził się w Filadelfii. Mając 28 lat ukończył Uniwersytet Harwarda z najwyższym odznaczeniem w dziedzinie muzyki. Z kolei na tym samym Uniwersytecie Harwarda kończy wydział prawa i zostaje członkiem filadelfijskiej palestry. Od roku 1885 corocznie wyrusza do Wyomingu dla polepszenia swego stanu zdrowia. Te właśnie wyjazdy dały w dodatkowym wyniku – powieść „Wirgińczyk”, pierwszy western na świecie. Po raz pierwszy bowiem pisarz wprowadził amerykańskiego (i nie amerykańskiego) czytelnika w nieznany świat szorstkich, prostych ludzi, w niezmierzone przestrzenie Dzikiego Zachodu, w problematykę zmagań orężnych i gospodarczych osadników i kowbojów. Ale to jeszcze nie wszystko. Powieść Wister’a wprowadziła na karty książek bohatera wywodzącego się z ludu (często nie potrafiącego ani czytać, ani pisać), obdarzonego wyłącznie dodatnimi cechami człowieka: hartem ducha, sprawnością fizyczną, głębokim poczuciem sprawiedliwości, bezkompromisowym pragnieniem walki ze „złem” – co zawsze kończyło się właśnie zwycięstwem dobra. Przeciwstawieniem bohatera pozytywnego był bohater negatywny: również sprawny fizycznie (bo inaczej nie byłoby sztuką pokonanie go!), lecz pod względem moralnym stanowiący krańcowe przeciwieństwo bohatera pozytywnego. Wister wprowadził również na karty swej powieści bohaterkę – piękną i cnotliwą i na tyle niemądrą, iż przez dobrą połowę toczącej się akcji nie potrafi przejrzeć „nikczemnych” zamiarów i nikczemnego sposobu życia bohatera negatywnego. Oczywiście powieść kończy się happy endem, prawda zwycięża, zło zostaje ukarane, a piękna heroina pada w ramiona (jako doczesna nagroda) człowieka „bez skazy i zmazy”. Taki był stereotyp westernu, powtarzany w rozlicznych odmianach w następnych powieściach zarówno Wister’a jak i coraz liczniejszych jego naśladowców. Bo oto w rok później, w 1903, ukazała się książka-western Andy Adams’a pt. „Chata kowboja”. Nie sposób wymienić wszystkich autorów westernów. Ale warto chyba wspomnieć (ze względu na bardzo liczne tłumaczenia na jęz. polski) o Zane Grey’u, nowojorskim dentyście, autorze ponad pięćdziesięciu westernowych opowieści, którego pierwszą książką była „Betty Zane” (1903), a jedną z najlepszych „Jeźdźcy purpurowej szałwi (1912 r.).


Rozkwit

    Pierwszy historycznie western („Wirgińczyk”) dziś musi razić co wybredniejszego czytelnika swym „przecukrowaniem”, swym do śmieszności posuniętym podziałem na ludzi wyłącznie dobrych i wyłącznie złych. Ten podział w latach późniejszych i w latach nam współczesnych ulegał znacznym „poprawkom”, zwłaszcza w westernowym filmie. Nieco papierowi bohaterowie nabrali ludzkich rumieńców, nie ma już „aniołów” i „diabłów”, nawet pozytywny bohater okazuje się od czasu do czasu niezbyt dydaktycznym wzorcem, co właśnie przybliża go do autentycznych prawzorów – ludzi Dzikiego Zachodu, bo przecież – mimo większej lub mniejszej fikcji literackiej, przekazy ludowe i ludowe legendy stały i stoją dziś nad kolebką każdego, rodzącego się w literaturze westernu.
    Wbrew dawnym konwencjom dziś bohater westernu może i zginąć, lecz musi zwyciężyć słuszna sprawa, za którą walczył, w obronie której stawał. Autorzy wielu tego typu utworów (książkowych, scenicznych, filmowych) sięgali i sięgają do przekazów ludowych. Wiele autentycznych postaci Dzikiego Zachodu ukazuje się nam w blasku nieco zafałszowanej sławy „niezłomnych”, chociaż często-gęsto byli to zwykli przestępcy. Wiele postaci zostało po prostu zmyślonych, ale ta literacka fikcja oparta jest o realia Dzikiego Zachodu i wcale nie brzmi fałszywie. Jednak surowa prawda o Dzikim Zachodzie (m. In. W okrutnych walkach z Indianami) coraz częściej ukazuje się na kartach powieści i na ekranach kin i jest ona tak ostro narysowana, iż wiele powieści westernowych przestało być literaturą dla młodzieży, a na wiele filmów westernowych nie wpuszcza się widzów w wieku poniżej 18 lat.
    Tematyka westernu (książkowego lub filmowego) obecnie przestała być „monopolem” pisarzy amerykańskich. Wkroczyła ona na rynek pisarski i filmowy Europy i chociaż uzasadniony brak tradycji i doświadczenia płata autorom psikusy, powstało wiele dzieł wartych uwagi.

Bohater licznych westernów – kowboj. W konkretnym wypadku – Sam Bronco, gdy pracował na ranczo Johna Alsop’a, osiem mil od miasteczka Laramie (Wyoming). Fotografia pochodzi z końca ubiegłego wieku.

    Dlaczego Europa sięgnęła po western? Nie należy upraszczać sprawy do zagadnień merkantylnych (powodzenia handlowego tematyki westernowej). Jedną z wielu przyczyn jest na pewno wartość dydaktyczna tej odmiany twórczości. A więc – pochwała dzielności, rzetelności i odporności człowieka na przeciwności losu. Jego walka z dziką przyrodą i z dzikimi ludźmi, jego pomoc niesiona słabszym i końcowy triumf słusznej sprawy – elementy, które w innej scenerii stałyby się ciężkostrawne dla odbiorcy, tu – wobec egzotyki malowniczej sceny, na której to wszystko się rozgrywa – przyjmowane są bez oporów wewnętrznych i nie wywołują u odbiorcy prawem reakcji, sprzeciwu. I jeśli się mówi o wychowawczej roli literatury tzw. Młodzieżowej, nie wolno pomijać tematyki westernowej.
A teraz, żeby wyczerpać listę niezbędnych dla westernu akcesoriów, warto podkreślić, że Indianin wcale nie jest dla westernu postacią niezbędną. Wprost przeciwnie – istnieje wiele powieści o Indianach, których nie można zaliczyć do kategorii westernu. Nie jest konieczną w westernie postać szeryfa, czy obraz małej knajpki małego miasteczka – saloonu, niepowtarzalnego na świecie miejsca rozrywki strudzonych wędrowców: kowbojów, włóczęgów, górników, a także drobnych farmerów i mieszkańców zagubionych w dalekich szlakach osad i miasteczek.
    Natomiast konieczna jest sceneria dzikiej przyrody, przebywanie wśród której wymaga od ludzi nie byle jakiego wysiłku fizycznego, konieczne jest pokazanie człowieka wtopionego w tę przyrodę (najczęściej kowboja, tego oryginalnego pastucha bydła, który jest równocześnie dobrym strzelcem znakomitym jeźdźcem i człowiekiem o niepospolitej fantazji), konieczne jest pokazanie dwóch krańcowych postaw wobec życia: społecznej i aspołecznej. Konieczny jest stan, który określamy walką (której ostatecznym celem ma być triumf zasad sprawiedliwości i słuszności) prowadzoną aż do zwycięstwa.
    Wielu „uczonych w piśmie” wróżyło niejeden raz koniec westernu. Prawdopodobnie nie potrafiąc zrozumieć właściwego sensu tej odmiany literackiej. Western się nie kończy, na przykładzie filmu widzimy jak potrafi rozwijać się treściowo i formalnie, a również pogłębiać psychologicznie, stając się niemałym źródłem refleksji czytelnika czy widza. Western ze swą scenerią, i mimo ograniczonej konwencji literackiej, stwarza nieskrępowane możliwości pokazywania świata, który przeminął, ale którego zasadnicze elementy trwają w nas samych. I dlatego wzruszają.
    Myślę, iż o jednym z dodatkowych powodów żywotności westernu trafnie napisali we wstępie do swej książki pt. „Ilustrowana historia Dzikiego Zachodu” – James D. Horan i Paul Sanu (Nakładem Hamlyn House. 1971). W wolnym tłumaczeniu stwierdzenie to brzmi: „jak długo istnieje człowiek o młodym sercu – tak długo sympatyczny i dzielny kowboj, tak długo wąsaty łajdak w swym dziesięciogalonowym kapeluszu i Jesse James, rabujący bogacza po to by pomóc biednemu – jeździć będą wiecznie poprzez równiny Zachodu”.


Western w Polsce

    Polska literatura ma w swym dorobku sporo powieści tzw. Przygodowych, przeważnie (chociaż nie jedynie!) pisanych z myślą o młodym i najmłodszym czytelniku. Jednak wśród tego typu dzieł literackich nie sposób doszukać się westernów. Na marginesie warto zauważyć, iż w latach powojennych prawie że spadła do zera liczba powieści przygodowych, których akcja rozgrywa się poza Polską. Do nielicznych wyjątków należy seria „przygód Tomka” (Alfreda Szklarskiego) oraz książki o przygodach malców indiańskich (Nelly Szczepańskiej). Nie wiem jaka jest przyczyna tego „ograniczenia geograficznego”. Być może jakaś „pogarda“ dla geografii, być może lęk przed popełnieniem jakiejś gafy – co wynika z niedostatku rzetelnych źródeł w polskim piśmiennictwie naukowym. Sądzę, iż ta sama lub podobna przyczyna spowodowała brak książki westernowej polskich autorów.
    W tym miejscu jakże nie wspomnieć o...Henryku Sienkiewiczu? Przecież „Ogniem i mieczem” w swych partiach opisujących Dzikie Pola, dzikich i dziwacznych ludzi, walki podjazdowe toczone na niezmiernych pustkowiach stepu oraz małe miasteczka zagubione przy nielicznych szlakach komunikacyjnych – jakżeż to wszystko przypomina i krajobraz, i sytuacje westernu? Nawet główny bohater „Ogniem i mieczem” – człowiek „bez skazy i zmazy”, sama chodząca cnota, wydaje się być niezamyślonym pierwowzorem pierwszych bohaterów westernu. Niezamyślonym, ponieważ „Ogniem i mieczem” napisał Sienkiewicz w 1884 roku, a pierwszy na świecie western ukazał się w druku w 1902 roku. Podobnie rzecz ma się z fragmentami „Pana Wołodyjowskiego”, tymi, których akcja rozgrywa się na Dzikich Polach.

Fotokopia autentycznego ogłoszenia zarządu środkowoamerykańskich kolei w St. Louis, z drugiej połowy XIX wieku. Pięćset dolarów nagrody za aresztowanie Jesse James’a – przywódcę bandy rabującej pociągi. Obiecana nagroda nie dała wyników, w parę lat później to samo towarzystwo kolejowe podniosło wysokość nagrody do 25 tysięcy dolarów.

    I tylko jakże realistyczny, krwawy opis wbijania na pal Azji Tuhajbejowicza (i wydłubywania mu oczu) odbiega mocno od później powstałej konwencji powieści westernowej. W żadnym westernie nie pokazano nam obrazu tak wstrząsającego swym okrucieństwem. Wspominam o ty, gdyż „wrogowie” literatury westernowej zarzucają jej właśnie „propagandę okrucieństwa”! Tu uwaga: nie zaliczam do kategorii westernów utworów (filmowych i powieściowych) nawiązujących rzekomo do historii Dzikiego Zachodu tylko po to, aby pokazać wymyślne okrucieństwa. Bo to jest jedynym celem tych pseudowesternów, w których triumf zbrodni zaprzecza całkowicie klasycznej konwencji westernowej. We współczesnych nam czasach pojawiło się nieco tego rodzaju utworów adresowanych do najbardziej prymitywnego odbiorcy.
    Wszystko powyższe – reminiscencje westernowe – w niczym przecież nie obniża literackiej wartości sienkiewiczowskiej Trylogii, jak nie może obniżyć jakiejkolwiek powieści tylko to, iż jest ona napisana w konwencji westernowej. Bo nie to decyduje.
    Powieść westernowa, wbrew istniejącym u nas na ten temat powszechnym poglądom, nie jest powieścią dla dzieci. Może być lekturą dla młodzieży, ale nie tylko.
    W ostatnich kilku latach spróbowałem dostarczyć polskiemu czytelnikowi powieści napisanej w konwencji westernu. Czy mi się to udało – nie wiem. Bo krytycy nie lubią się zajmować „literaturą dla dzieci i młodzieży”; podobno recenzowanie książek dla czytelnika młodego wiekiem przynosi ujmę krytykowi!
    Próbowałem sondażu wieku moich czytelników poprzez rozmowy z kierownikami bibliotek powiatowych. Z tych rozmów wynikła jedna prawda: większość czytelników westernów przypada na wiek od 14 do 20 lat. Liczba czytelników westernów w wieku powyżej 20 lat jest jednak większa niż liczba czytelników w wieku poniżej lat 14. Co potwierdza moje przypuszczenie, iż western nie jest literaturą dla dzieci i nie jest literaturą wyłącznie dla młodzieży.
    Niedostatek polskiej powieści typu western próbowano wypełnić polskim filmem westernowym. Zamierzony „western” – „Wilcze echa” okazał się niewypałem. Autor i reżyser pokazali w nim wiernie skopiowane drugo i trzeciorzędne akcesoria westernowe, nie umieli jednak pokazać tego, co decyduje o westernowej konwencji. Bo jeżdżenie na koniu, strzelanie z pistoletu, bójka lub mordowanie człowieka – to jeszcze wcale nie western, a kto tak sądzi – ten nie ma zielonego pojęcia o sprawie lub rozumuje jak małe dziecko.
    Inny polski film, wcale nie zamierzony jako western – „Prawo i pięść” (z Gustawem Holoubkiem w roli głównej) – zabawnym zbiegiem okoliczności okazał się znacznie bliższym typowego westernu filmowego od „Wilczych ech”. Po prostu dlatego, iż był bliższy dziejowej prawdzie zdarzeń, które rozgrywały się w naszej niedawnej historii, a żadnego westernu nie można oderwać od historycznych realiów. Bo to stanowi również podstawowy warunek westernowej konwencji.
    I na tym chyba należy zakończyć, mimo iż temat na pewno nie został wyczerpany. Jeśli jednak artykuł ten rozproszył co nieco mgławicowe poglądy na istotę westernu, to w jakimś stopniu spełnił swą rolę.