Nigdy nieopublikowane posłowie do pierwszego wydania książki "Złe miasto" - ostatniej ukończonej książki Wiesława Wernica - napisane przez Jego syna - Dominika.

 

 

    "Złe Miasto" jest ostatnią książką, którą mój Ojciec zdążył ukończyć. To już dwudziesta powieść o losach lekarza Jana i jego przyjaciela Karola Gordona na amerykańskim "Dzikim Zachodzie" końca XIX wieku.

     Co skłoniło mego Ojca do zainteresowania się tematyką tak przecież w Polsce egzotyczną ? Opowiadał mi, że jeszcze przed drugą wojną światową, gdy był wychowawcą skautów na obozach wakacyjnych organizowanych przez YMCA w Polsce, poznał tam Indianina z plemienia Apaczów. Indianin pokazywał młodym skautom jak rozpalać ogień przez umiejętne pocieranie dwóch kawałków drewna, jak malować twarz w wojenne barwy, jak sporządzać plemienny totem. Tematyka "Dzikiego Zachodu" znana była wówczas w Polsce głownie z książek Karola Maya, F. J. Coopera i J. O. Curwooda, których gorliwym czytelnikiem w tych latach był również i mój Ojciec. Trudno jednak stwierdzić czy właśnie od tamtego okresu zaczęła się ta fascynacja przygodą na "Dzikim Zachodzie".

     Pisanie pierwszej powieści Ojciec rozpoczął w latach czterdziestych, tuż po wojnie. Zachorował wówczas na szkarlatynę i leżąc w łóżku - jak opowiadał - z nudów zaczął pisać. Napisał około stu stron i...wyzdrowiał, a nieukończony maszynopis powędrował na najwyższą półkę w szafie by przeleżeć tam w zapomnieniu piętnaście lat. Aż do czasu, gdy ja go tam przypadkowo znalazłem. Miałem wtedy dwanaście lat. Przeczytałem cały maszynopis jednym tchem i z przerażeniem stwierdziłem, ze losy bohaterów urywają się niemal w połowie zdania. Oczywiście natychmiast zażądałem od Ojca dalszego ciągu. A On w tym czasie już rozpoczął pisanie nowej powieści pod zagadkowym tytułem "Szpada i Woreczek", która miała być, o ile mi wiadomo, historia z epoki "Trzech Muszkieterów" Dumasa. Szczęśliwie udało mi się namówić Ojca do porzucenia tego tematu na zawsze i do ukończenia powieści westernowej. Dla wytrwałych czytelników podaję, ze Ojciec rozpoczął, po piętnastu latach przerwy, dalsze pisanie od słów: " Tak. Pasują jak para mokasynów, tylko, ze to jeszcze nie rozwiązuje zagadki" (strona 105 - pierwsze, czytelnikowskie wydanie "Tropów", strona 103 - drugie wydanie, strona 77 - wydanie "C&T"). Dziś wydaje mi się, że dostrzegam pewną różnicę stylów - przed i po tym zdaniu.

     Tak powstała powieść, której pierwszy tytuł był "Wysoki Orzeł", potem "Czerwona Chmura". Było to imię Indianina - jednego z głównych bohaterów, ale ponieważ tytuł nie kojarzył się za dobrze z tematyką (a dziś myślę, ze wzbudził w peerelowskim Wydawcy podejrzliwe skojarzenia polityczne), wiec zgodnie z sugestią Wydawnictwa "Czytelnik", został później zmieniony na "Tropy wiodą przez prerię". Pierwsze wydanie ukazało się w 1965 roku w małym wtenczas nakładzie 20 tysięcy egzemplarzy i... zostało rozprzedane w księgarniach dosłownie w ciągu kilku dni. I chyba właśnie wtedy dopiero rozpoczęła się dla mego Ojca ta wielka Przygoda na "Dzikim Zachodzie".

 Przygoda, która trwała 21 lat!

     Prawie co roku wychodziła nowa powieść, w kilku nakładach sięgających aż do 200 tysięcy. Były też liczne wznowienia i liczne wydania za granicą - tłumaczenia na czeski, słowacki, niemiecki i rumuński. Obliczyłem, że w sumie w ciągu tych dwudziestu jeden lat sprzedano około 4 miliony egzemplarzy wszystkich wydań i tłumaczeń.

     Były spotkania z czytelnikami na kiermaszach książki w Warszawie, w bibliotekach, czytelniach, domach kultury, na obozach harcerskich i w szkołach. Zaproszenia na odczyty i spotkania nadchodziły często z odległych zakątków Polski. Było tez wiele listów od czytelników, na które Ojciec zawsze odpisywał, a czasami nawet wysyłał autorski egzemplarz książki. Interesujące było że, chociaż pisał głównie z myślą o młodzieży, miał również spora grupę czytelników dorosłych, co uwidaczniało się na spotkaniach i w listach.

     Ojciec zawsze szczycił się tym, ze Jego powieści maja solidną podbudowę - historyczne i kulturowe tło. Od 1965 roku zgromadził olbrzymią kolekcję książek i opracowań naukowych na temat historii, kultury i geografii USA i Kanady z końca XIX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem kultury indiańskiej. Przedziwnym zbiegiem okoliczności w 1974 roku ja wylądowałem w Kanadzie i pozostałem tu na stałe. Mogłem dzięki temu dostarczać Ojcu najbardziej interesujące i miarodajne opracowania książkowe i albumowe dotyczące "Dzikiego Zachodu". Podczas dwukrotnych odwiedzin moich rodziców odbyliśmy wspólnie kilka wypraw po Stanach i Kanadzie. Odwiedzaliśmy muzea i indiańskie rezerwaty a Ojciec przesiadywał w bibliotekach uniwersyteckich , szukając historycznych źródeł albo map do nowej powieści. Oczywiście "Dziki Zachód" już dziś nie istnieje, Indianie też są dziś inni, ale przyroda i krajobrazy pozostały w wielu miejscach te same - olbrzymie połacie lasów, jeziora, góry i prerie. Bezpośrednim owocem tych wypraw był zbiór reportaży wydrukowanych w "Tygodniku Demokratycznym" oraz nie wydana dotąd książka pt. "Dzień dobry, Kanado".

     Ojciec był przede wszystkim dziennikarzem. Jeszcze przed wojną pracował w redakcji "Głosu Polskiego". Po wojnie - w dawnej "Rzeczpospolitej", potem w Polskim Radio, aż wylądował na stałe w "Tygodniku Demokratycznym". Zamiłowania literackie przejawiał jeszcze w czasach szkolnych i uniwersyteckich, gdy zakładał literackie pismo "Kwadryga" w 1926 roku. Z wykształcenia był jednak ekonomistą (przedwojenna Wyższa Szkoła Handlowa w Warszawie) i pisał artykuły głównie na tematy ekonomiczne i historyczne. Przygoda na "Dzikim Zachodzie" byla dla Niego relaksującym hobby, odpoczynkiem a nawet ucieczką od surowych konkretów rzeczywistości o której pisał jako dziennikarz.

     Zdumiewające było to, że potrafił pisać książkę w każdych warunkach. Czy to było w domu, czy na ławce w łazienkowskim parku, czy na trawie nad jeziorem - po prostu brał brulion i pisał a prawie nigdy nic nie skreślał, nie poprawiał. Pytałem Go jak to robi, skąd bierze opisy sytuacji, przyrody, bohaterów. Odpowiadał, że On je po prostu...widzi. Potrafił więc wyłączać się podczas pisania całkowicie z otaczającej Go rzeczywistości i przechodzić do krainy fantazji literackiej. Myślę, że w jakiś sposób utożsamiał siebie z doktorem Janem, którego stworzył i którego nazwiska nigdy nie chciał zdradzić.

Mógł w ten sposób w jednym życiu przeżyć dwa życia.

To pierwsze, bardzo bogate i owocne, skończyło się po osiemdziesięciu latach - 1 sierpnia 1986 roku.

To drugie będzie trwało dopóki istnieją czytelnicy.

                                                                                  Dominik Wernic, Montreal, 12 stycznia 2005

 

 

Grób Wiesława Wernica na Cmentarzu Ewangelickim przy ulicy Młynarskiej w Warszawie.

Na zdjęciu wnuk pisarza.